ojcostwo

Być ojcem na pół etatu

18 listopada 2015

Polska przegrywa rewanż z Niemcami 3-1, ale i tak dostajemy się na mistrzostwa do Francji. Na talerzu gramofonu obraca się placek Pet Shop Boys – Always on my mind, a Daga prosi mnie, abym napisał coś dla Tymka na jego pierwsze urodziny.

Nigdy nie miałem problemu z wyrażaniem myśli, z zapisywaniem kolejnych stron. A teraz? Siadam trzeci raz do tego tekstu i mam problem. Po pierwsze dlatego, że takie teksty z reguły ocierają się o tani sentymentalizm. Po drugie dlatego, że to jednak bardzo osobiste i czasem takie rzeczy warto zapamiętać po swojemu, gdzieś tam w głowie, nie na kartce. Do napisania tego przekonuje mnie jednak myśl, że Tymek będzie kiedyś czytał i może kiedy przeczyta to co właśnie piszę, zrobi mu się jakoś miłej na serduchu. Wspomni swojego starego i powie, że był równym gościem, czy jakiś podobny frazes. Może.

mamyomamy

Pierwsza rzecz, do której tak trudno się przyznać to to, że jestem ojcem na pół etatu. Chciałoby się w tym miejscu popsioczyć na ten cholerny świat, ale przecież to nic nie zmieni. Fakt jest taki, że godzina rano, cztery godziny wieczorem + weekendy to jakiś żart. To jak wyrok w sprawie o opiekę nad dzieckiem. Pięć godzin dziennie i dwa pełne dni. Żart, prawda? I gdy sobie wyobrażam, że siedzę w pracy przy monitorach, a tam w domu, moje dziecko zaczyna gadać, chodzić, poznawać świat, to cisną mi się bardzo złe rzeczy na usta. No ale! Nie jest aż tak źle. Jest przecież z Dagą. Ja pracuję jedynie osiem godzin, dojeżdżam do domu jakieś 30min, a w pracy nie mam zablokowanego Facebooka. To oznacza, że kilka razy dziennie dostaję powiadomienie na Messengerze. To znak, że Daga wysłała filmik. Średnia długość filmiku to 15 sekund, przez co nie czuję, że zawalam robotę, a jakoś tak od razu człowiekowi milej w tej kanciapie. Filmiki są bardzo rożne. Od grania szczoteczką do zębów na perkusji, którą udaje stół i krzesełko do karmienia, ciąganie Cinka za ogon, czy bawienie się najciekawszą zabawką na świecie czyli sznurkami od spodni. Te krótkie filmiki powodują, że tak dużo mnie nie omija. I choć po powrocie do domu widzę, że nauczył się czegoś, czego nie dostałem na Messengerze, to jakoś nie czuję się pominięty. Widzę, że wyciąga ręce i uśmiecha się, gdy tylko mnie zauważy. A to dla mnie bardzo ważne.

Posiadanie dziecka wszystko zmienia. No shit Sherlock. Dla niektórych decyzja o posiadaniu potomstwa rozbija się o ten właśnie argument. Jasne, nachodzi mnie czasem myśl: kupię sobie konsolę, popykam w FIFĘ, wydoję do tego cztery browary i walnę w kimę. Ale… Jak sobie przypomnę, ile czasu zmarnowałem na siedzeniu przed kompem, to mi się płakać chce, nie mówiąc o czterech browarach, po których nie wstałbym do pracy. Już słyszę gwizdy moich kumpli, już widzę te szturchańce gdzieś w knajpie: Słyszałeś? Jacek po czterech browarach składa się jak scyzoryk. No niestety, nie jestem już twardzielem. Zresztą, nigdy nim nie byłem.

No więc siadam sobie na naszą puzzlową matę w kolorze żółto-szarym, biorę domek z IKEI, Tymka sadzam obok siebie i pokazuję mu, że kwadratowy klocek trzeba włożyć w kwadratową dziurę w dachu. Ale on ma lepsze rzeczy do roboty niż dopasowywanie kształtów i rozmiarów. On chce wejść do wiklinowego koszyka, w którym śpią koty. On chce raczkować tam i z powrotem, najlepiej po zimnej podłodze. Następnie zrobi szpagat, poliże podłogę i zacznie zastanawiać się nad sensem istnienia pewnego paproszka znalezionego na podłodze. Filozof, sceptyk, rozrabiaka. Miałbym to zamienić na urwany film, rzyganie gdzieś po kiblach, siedzenie przed TV? No way.

Chyba właśnie o to chodzi. Żeby nie rezygnować z rzeczy, z których nie chcemy rezygnować, albo inaczej: żeby zrezygnować z rzeczy, bez których można żyć. I żeby za bardzo nie szamotać się z życiem. Ja oczywiście mogę mieć małe pretensje do życia, że daje mi tylko godzinę rano i cztery wieczorem, ale za chwilę przypominam sobie pokolenie moich rodziców i wiele rozmów, które odbyłem z rówieśnikami. Większość z nich nie pamięta swojego ojca. To znaczy nie pamięta go w taki sposób, w jaki powinno się pamiętać o kimś ważnym. Pamiętają tylko, że wracał z pracy o 18, i że miał samochód. Moja mama powiedziała mi jakiś czas temu, że fajnie się na nas patrzy, kiedy tak razem wszystko robimy. I że w jej czasach byłoby to niemożliwe. Nie wiem ile w tym prawdy.

Czy można przygotować się na dziecko? Oczywiście, że nie. Oprócz zakupu niezbędnych rzeczy, mebli etc. nie można nic więcej zrobić. Bo jak tu przygotować się do podejmowania decyzji, których nigdy wcześniej się nie podejmowało? Jak przygotować się na pierwsze zakrztuszenie dziecka mlekiem, spadek temperatury ciała do 34 stopni, a kilka dni później na wzrost do niemal 41?

Pocą ci się ręce, starasz się myśleć racjonalnie. Coś zrobić, byle szybko. Nigdy nie byłem w tym dobry, Daga mnie w tym wspierała i chwała jej za to. Nauczyłem się. Pierwsze wieczory, kiedy zostawaliśmy sami, były trudne i nerwowe. Ona się resetowała na tai-chi, a mój poziom stresu ratowała grająca melodyjki żaba-zabawka, którą Tymek do tej pory uwielbia. Znaleźliśmy swój język. Nauczyłem się go rozbawiać, dowiedziałem się też, że nie należy się zbyt głośno śmiać. Na płacz pomaga przekręcanie klamki od drzwi balkonu, udawanie czkawki i śpiewanie Jagódek.

Nie lubię wchodzić w rolę męczennika, ale ten rok dał mi w kość. To był rok największych zmian, największych stresów, ale też największych radości.

Dla mnie definicja ojcostwa jest jasna. To współobecność. Nie poświęcanie się dla samej zasady, ale czynne uczestnictwo we wszystkich aspektach życia rodzinnego. Od obecności przy porodzie, załatwiania formalności, po nocne wstawanie, karmienie czy zostawanie z dzieckiem w domu przy chorobie. Dla mnie to bardzo ważne, a taka formuła pozwala mi cieszyć się z banalnej codzienności. Fajnie jest być ojcem, nawet na pół etatu.

Podziel się:

Zobacz również

1 Komentarz

  • Reply Gąska Balbinka 21 listopada 2015 at 21:52

    Ty jesteś tatą na pół etatu, a ja mamą. Cieżka sprawa, ale najważniejsze, że codziennie po pracy widzę małą roześmianą buzię.

  • Dodaj komentarz