rodzicielstwo

Aktywność, której brak – krótka notka o chorowaniu

25 lutego 2016

Aktywność. Słowo klucz dla uzmysłowienia sobie ograniczeń. Ostatecznie ograniczamy na ogół sami siebie. Jednak to nie tym razem.

Nowy rok, początek żłobka dla Tymka, mój powrót do pracy. Nic nie zadziało się tak jak miało, bo zachorowałam, a potem już tylko było gorzej. Chorowaliśmy naprzemiennie, chorowaliśmy jednocześnie. Na katarowy dramat nałożyła się bolesność przerywanych aklimatyzacji Tymka. Sił było coraz mniej.

Jak powiedziała kiedyś improwizując pewna wybitna jednostka “nic nie boli tak jak życie.” I bolało.

mamyomamy

Najbardziej chyba to, że pomimo pomocy babci i naszych wszelkich starań nasz początek roku nie mógł się rozpocząć. Wszystko działo się jak w Dniu Świstaka. Nadzieja na normalność, zwykłość i codzienność umierała raz po raz. A my w niewyspaniu nie mieliśmy siły na nic. Aktywność minus 1.

Pani Iza mówi to taki czas. Musicie to przejść jak wszyscy. I racje rzecz jasna ma. Rozmawiam, słyszę o innych żłobkowiczach, którzy funkcjonują w systemie 2 na 2 czytaj dwa dni w żłobku na dwa tygodnie w domu.

Nasze doświadczenie nie zadziwia żadnego pediatry. Ten model uodporniania się na patogeny jest dla nich oczywisty jak ruch jednostajnie przyspieszony.

Czemu o tym piszę? Żeby tą całą słabość wyrzucić z siebie i zapomnieć. A sukcesu jeszcze nie da się odtrąbić. Walka trwa. Mikroby atakują. Dzieciaczki przyjaciół i znajomych chorują. Zapalenie płuc, wysoka temperatura, wirus RSV, a w tle świńska grypa. Ta wiedza miała przyjść za chwilę.

Dwa dni w pracy i znowu. I nie jest dobrze. Dostajemy skierowanie do szpitala. Podejrzenie zapalenia płuc. Jedziemy. Smutni. Tylko Tymo cieszy się ze spędzania czasu na szpitalnych korytarzach.

Pokoje na Pediatrii połączone są jeden z drugim wielkimi oknami. Chyba chodzi o względy bezpieczeństwa. Taka kontrola społeczna, małe dodatkowe odarcie z prywatności. Jednak maluchom jest raźniej jak widzą inne osoby. Pewności nie mam. Może te otwory mają markować przestrzeń której brak?

Pierwsza noc 

Jac patrzy na parę za szybą. Trąca mnie w ramię. Popatrz – mówi. Za kilka dni będziemy tak wyglądać. Będziemy zmęczeni.

Myślę sobie. Ja się nie boję. Damy radę. Myślę sobie. Oto moja aktywność. Moje działanie. Zmęczenie. A potem myślę sobie, że to nie jest prawda. Bo tylko połowa mnie jest zmęczona. A druga nie. Druga jest wkurzona, rozbawiona tym zapętleniem sytuacji. Druga ja jeszcze daje radę.

Noce kolejne

Daje radę Jac. Najpierw on. Badania Tymka, pierwsze zakładanie wenflonu. Pierwsze intensywne inhalacje. Diagnoza. Podawanie antybiotyku. Brak snu. Bezsen.

Daję radę. Ja. Tak jak te kobiety z sąsiadujących pokoi, które poruszają się po nich jak trolejbusy nebulizacji. Od jednej do kolejnej i następnej. Nie śpią, albo jak konie, śpią na stojąco. W czasie rozmowy z drugą, gdy dziecko śpi. Jeśli śpi.

Przenoszą nas, łączą jednostki chorobowe. My zdezorientowani, nasz synek szczęśliwy. Przeżywa swoje pierwsze zauroczenie. Zauroczenie ma na imię Ania i jest mamą w opresji jak ja. W każdej złej chwili odnaleźć można dobro.

Mogłoby się wydawać, że nagle życie się zatrzymało, tymczasem ono przeniosło się dla nas wszystkich na Wołoską. Ojcowie pracujący w korytarzu, mamy prowadzące biznesowe rozmowy, które utrudniają dźwiękowe zabawki, pikniki podłogowe, porady wszelkie, żarty.

Uzdatniamy oświetlenie szpitalne, testujemy wątpliwej wygody leżanki, uświadamiamy swoim i nie swoim dzieciom, że pobyt tu, to świetna zabawa i udowadniamy sobie nawzajem, że jedząc mało, bez tlenu i odpoczynku dajemy radę opiekować się dziećmi. Kosmonauci codzienności.

Jak to mówią. Mieliśmy szczęście w nieszczęściu. Odział Pediatryczny w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSWiA, to luksus. Niektóre mamy mówiły, że w porównaniu z innymi jest jak hotel. Mieliśmy szczęście, bo lekarze tu lubią dzieci. Kiedy o 22.00 czy 6.00 nad ranem pielęgniarka podaje twojemu dziecku antybiotyk, tak by się nie obudziło, twoje serce przepełnia wdzięczność.

Na tym tle dziwne się wydaje, że będąc w szpitalu z dzieckiem, chora/w trakcie leczenia matka karmiąca nie może liczyć od razu na kontynuację tego leczenia. Konsultację internisty. Trzeba było trochę zachodu i dużo dobrej woli kilku osób, aby udało się tę sprawę załatwić. Nie wiem czy to brak procedur czy brak wyobraźni, ale wydaje mi się oczywiste, że takie przypadki mogą się powtarzać. Lecząc dziecko, nie dbając o jego mamę osłabiamy efekt tego leczenia. Komplikacje mogą być różne.

W domu

Tymczasem walka trwa. Będziemy z Tymkiem znowu jak te postaci z bajek. Ukryci przed światem w wieżach, zamkach czy pałacach. Książę Tymianek musi odpocząć nim podejmie kolejny raz aktywność zwaną żłobkiem. A ja muszę odchorować szpital i dobić w końcu do tej normalności, której czasem niedoceniany.

Walka trwa. O codzienność, o możliwości.  O aktywność. O nas.

 

Podziel się:

Zobacz również

1 Komentarz

  • Reply Gąska Balbinka 25 lutego 2016 at 21:42

    Najbardziej boli brak normalnosci, na ktora codziennie sie wkurzamy.

  • Dodaj komentarz