wystawa

Tu czy tam? Współczesna polska ilustracja dla dzieci w Zachęcie

19 marca 2016

Dziś oberwie się Zachęcie, oj oberwie. Co prawda nie zwykliśmy krytykować tak rzadko spotykanych inicjatyw jak wystawa współczesnej polskiej ilustracji dla dzieci, ale tym razem musimy ponieważ… wystawa jest dobra.

I tylko tyle. Dobra to trochę za mało. Spoglądając na dorobek polskich ilustratorów, plakacistów i grafików ta wystawa wygląda jak ponury żart. Polscy ilustratorzy są wyjątkowi, współcześni ilustratorzy są wyjątkowi, dlaczego więc się ograniczać?

mamyomamy

Dlaczego tak mało?

Moglibyśmy napisać, że wszystko rozumiemy, że trzeba wybrać iluś tam rysowników, ilustratorów, grafików. Tylko dlaczego? Gdzie są najgłośniejsi ostatnio ilustratorzy wyjątkowych przecież Map (i nie tylko!), Mizielińscy? Czy przekład książki na 25 języków to za mało, aby pojawić się w tak zacnym gronie? Mizielińscy, a może wy nie chcieliście się tam pojawić, lub po prostu brakowało wam czasu żeby narysować cudownie wielką mapę na ścianie wystawowej w Zachęcie? A może interaktywne puzzle, których ruchome elementy dzieciaki mogłyby dopasowywać na magnetycznej tablicy byłyby zbyt czaso i pracochłonne?

Marianna Oklejak czyli laureatka nagrody dla ilustratorów zeszłorocznej Polskiej Sekcji IBBY za “Cuda wianki” również zaszczyciła nas swoją nieobecnością. Nie obejrzymy więc na wystawie instrumentów, haftów, potańcówek i wycinanek z jej książki. Nagrodę PS IBBY dostał również Paweł Pawlak, którego absencja w tym miejscu jest szczególnie istotna ponieważ… kto nie zna Pawlaka? Nie należy co prawda do najmłodszego pokolenia ilustratorów, jednak do “współczesnych” można go z pewnością zaliczyć. Jego nieobecność to kpina dla wszystkich, którzy kochają polską ilustrację dla dzieci.

A Joanna Olech? Chętnie byśmy policzyli z Tymkiem “Nieobliczalne owieczki” albo zobaczyli “Tronik” w wersji gigantyczny nocnik.

Ola Cieślak jest młodsza, ale czy doczekała się swojej ściany, lub instalacji? Nie. Zapewne były ku temu powody, jednak jako fani jej książek jesteśmy trochę rozgoryczeni.
Tymek zapewne również, ponieważ swojego czasu “Co by tu wtrąbić?” oraz “Co wypanda, a co nie wypanda” należały do jego ulubionych pozycji, a na widok śliwki renklody ze środowego menu, na jego twarzy pojawiał się szeroki uśmiech.

Oczywiście przetwarzamy to wszystko przez nasze preferencje, a przede wszystkim przez preferencje Tymka. Dlatego tak szkoda nam Bajtlika i jego cudownego “Auto”. Kartonowy samochód byłby hitem, gdyby stanął w środkowej, interaktywnej sali.

Widocznie kuratorzy postawili krzyżyk na Wilkoniu i Butence. Kto by tam się przejmował najbardziej zasłużonymi twórcami polskiej ilustracji dziecięcej. Taki Lutczyn może nie być z naszej bajki, ale jest lubiany przez dzieci. Wydaje się reedycje książeczek z ilustracjami Butenki i Lutczyna. Butenko i Wilkoń nadal mają coś do zaoferowania młodym czytelnikom, a renesans polskiej ilustracji zaczął się także dzięki takim nazwiskom jak Krystyna Lipka-Sztarbałło czy Maria Ekier. I nagle się okazuje, że współczesność już do nich nie należy.

A to tylko garstka z półki naszych ulubionych współczesnych ilustratorów. Wybór czternastki jest więc kłopotliwy, bo z jednej strony strasznie się cieszymy, że w ogóle wystawa powstała i jest Bogucka i jest Ryski i jest Dziubak, a z drugiej strony naprawdę brakuje kilku, jak nie kilkunastu nazwisk. Grażka Lange, Piotr Młodożeniec – ich opracowania graficzne warte są uwagi. I tak można by długo. Wszystkim nie dogodzisz. Jednak ten niedosyt w nas, ten odczuwalny stan braku „pozostałych” twórców rodzi potrzebę, aby się o nich upomnieć.

1. (?)

Może więc dodać jedynkę do tytułu tej wystawy i latem pokazać kolejną odsłonę współczesnej ilustracji? Może popularność tej zachęci kogoś do stworzenia kolejnej. To takie kuszące. Postawić bujane konie Wilkonia, wypełnić sale wystawowe deszczem i kwiatkami Butenki, w jednej z sal pozwolić zamieszkać Brombie i innym. Niech Zwierzątko mojej Mamy psoci, a w lustrach ukazują się Vicewersy, bo Maciej Wojtyszko według nas zasługuje na zaproszenie do tego grona. Postawić fotostand królewny w koronie Marii Ekier, aby dziewczynki robiły sobie zdjęcia, przygarnąć koty i sowy Krystyny Lipki-Sztarbałło i poszukać z królikiem snu, który odszedł.

Bo przecież dobry czas dla dziecięcej ilustracji zaczął się jakieś 15 lat temu. Wtedy Ezop wydał „Sen, który odszedł”, „Moje – nie moje” i „Zielonego wędrowca” z ilustracjami Adama Kiliana.

Wracając do tego co mamy. Wystawa podzielona jest na trzy sale. Pierwsza z nich pobudza kreatywność dziecka jak i rodziców. Mogą więc wziąć flamastry i ołówki i dorysować swoje ilustracje na specjalnych ścianach. Pomysł świetny.

Druga sala to sala interaktywna z różnego rodzaju instalacjami. Tymko pokochał instalację prosiaczkową czyli kubik z otwieranymi drzwiczkami, za którymi znajdują się ilustracje z książek o Urodzinach Prosiaczka Aleksandry Płocińskiej. Być może dlatego, bo wałkował przez długi okres wszystkie trzy części. Drugą ciekawską dla Tymka instalacją były sensoryczne balony Moniki Hanulak. Pokazaliśmy mu resztę, ale on preferował właśnie te dwie.

mamyomamy

mamyomamy

Ostatnia, trzecia sala to czytelnia-bawialnia z miejscem na spotkania autorskie. W “biblioteczce” znajdziemy dużo książek dla dzieciaków, a miękkie poduchy pomogą przyjemnie spędzić czas.

W szale emocji zapomnieliśmy się dopytać o kreatywny zeszyt z zadaniami dla dzieci, dzięki któremu mają one utrwalić swoją wiedzę o ilustracji i odkryć ukryte tajemnice wystawy. Jednak wybieramy się jeszcze raz, to dopytamy. Bo warto.

Po wyjściu z “Tu czy tam” poszliśmy na wystawę Zamecznika i nasze zdanie jest takie: w przyszłości poczekać na zwolnienie się większej powierzchni wystawienniczej (patrz wystawa Zamecznika) i to właśnie ją zamienić na ogromny plac zabaw. Dopieścić wszystkich autorów, nie robić selekcji. Gwarantujemy, że mniej osób powie “no fajnie, tylko szkoda, że tak mało”.

Na koniec krótka polemika z Dorotą Jarecką, która napisała tekst „Wystawa polskich ilustracji dla dzieci. Jest tak dobrze, że czujemy przesyt?” w Gazecie Wyborczej.

Domagając się reprezentacji na wspomnianej wystawie prac takich ilustratorów jak Butenko czy Wilkoń, trudno zgodzić się z wnioskiem autorki, iż “artyści starszego pokolenia zostali odsunięci razem ze wszystkim, co kojarzyło się z PRL…”

Po pierwsze nikt przy zdrowych zmysłach nie może przyznać, że Butenko i Wilkoń się usunęli w cień. Nikt też roztropny nie powinien odcinać młodych ilustratorów od ich starszych kolegów. Jedni wychowywali się na książkach ilustrowanych przez drugich, no i nie jeden pewnie uczył się od mistrzów (Janusz Stanny, Henryk Tomaszewski).

No i to straszenie PRL-em? W kontekście ilustracji dziecięcej, ba nawet w kontekście ilustracji książkowej jako takiej, to PRL był złotym czasem. Oczywiście lata 50, 60 były może urokliwsze, a im dalej w lata 80 było gorzej, ale jednak polska ilustracja dziecięca rozkwitała właśnie w okresie PRL-u.

Na przełomie wieku coś rzeczywiście drgnęło. I nie od Muchomora, który działalność swą rozpoczął w 2002 r. a od Ezopa, przekształconego w 2000 roku w wydawnictwo dla dzieci i młodzieży. To właśnie tu wydany „Sen, który odszedł” Anny Onichimowskiej, il. Krystyny Lipki-Sztarbałło odniósł niewątpliwy sukces:

  • ilustracje Krystyny Lipki-Sztarbałło wpisane na Międzynarodową Listę H.Ch. Andersena
  • Złota Plakieta dla ilustratorki – wyróżnienie na Biennale Ilustracji w Bratysławie w 2001 roku
  • „Książka Roku 2001” – nagroda Polskiej Sekcji IBBY
  • wyróżnienie w konkursie Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek „Najpiękniejsze Książki Roku 2001”

Powstawały pierwsze nowe wydawnictwa takie jak: Kowalska/Stiasny (2002), Hokus-Pokus (2003), FR09 (2004), Finalik (2004), Bonobo (2004) oraz Wytwórnia (2005) i Dwie Siostry (2005). Były to małe firmy, oferujące niewielką liczbę tytułów, tzw. „oficyny lilipucie” (określenie Joanny Olech). Pojawiały się pierwsze cuda „Tyci” Doroty Pędzieszczak z il. Marcina Warzyńskiego, na nowo wydany „Ptakowiec”A. Osieckiej z il. Kingi Janiak, ale jeszcze nie było chętnych, odważnych do ich kupienia.

Nim nastał dobry czas dla nowej, dizajnerskiej ilustracji w książce z pomysłem, rozpoczął się szał na stare książki wydane właśnie w PRL-u. Faktycznie dramatyczny czas dla książki dziecięcej to lata 90-te. Stała się zaprzeczeniem samej siebie. Nie sprzyjała autorefleksji, o rozwijaniu wyobraźni i abstrakcyjnego myślenia nie wspominając. Nie było miejsca na kreację, ani dla autorów, ani dla młodego czytelnika. Stagnacja, kicz i tandeta.

Z tego zastoju pozwoliły wychodzić m.in. takie inicjatywy jak działalność Fundacji ABC XXI i kampania „Cała Polska czyta dzieciom” (2001), a także akcja Porozumienia Wydawców na rzecz  zbudowania Kanonu Książki dla Dzieci i Młodzieży (opublikowanie listy kanonu w 2003). Takie wydawnictwo jak Dwie Siostry czy Nasza Księgarnia odpowiedziały właśnie na głód tego “starego”, czego owocem są seria Mistrzowie Ilustracji czy reedycja „Pyzy na polskich dróżkach”. Ten trend utrzymuje się nadal m.in. dzięki kooperacji wydawnictwa MuzaMuzeum Książki Dziecięcej.

Zasługi dla odrodzenia dobrej, wartościowej książki dziecięcej, w tamtym czasie ma zapewne jeszcze wiele wydawnictw: Świat Książki, Wydawnictwo Bis, Nowa Era, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne i kilka innych oraz działania Polskiej Sekcji IBBY. Pomogły też organizowane konkursy: „Dziecięcy Bestseller Roku” organizowany jest od 1990 roku przez Fundację „Świat Dziecka”, “Świat Przyjazny Dziecku” organizowany przez KOPD,  Konkurs „Hit Mamo to ja” i nagrody: „Książka Roku” Polskiej Sekcji IBBY.

Nie byłoby dzisiejszego “szczytu”, o którym pisze autorka, gdyby nie ta powichrowana przeszłość. A z takiej przeszłości trzeba czerpać naukę.

Bo co to niby jest ten “nadmiar dizajnu” w przypadku książki dziecięcej? I nie ma co mieszać do tego książki Marcina Wichy „Jak przestałem kochać design”, bo jeśli nie wadzi nam nadmiar kiczu, zostawmy i dizajn w spokoju.

Nauka dla nas jest taka. Więcej pokory. Nie ma co się obrażać, że jest dobrze. Oczywiście zawsze może być lepiej i tego należy się trzymać. Osobiście wolimy mieć problem jaką książeczkę kupić dla Tymka w tym miesiącu, niż cierpieć na brak wyboru. Wolimy być z nim na wystawie w Zachęcie – nawet w wersji w naszym odczuciu okrojonej, niż nie.

A czasy mamy teraz zgoła inne. Nakłady wydawnicze nie osiągają wielkości tych w PRL, za to mamy lepszy papier, druk. Wtedy wszystko co wydano, rynek wchłaniał jednym haustem. Teraz trzeba się trochę postarać o klienta. Nie ma więc co siać paniki, jakby powiedziała pewna osoba nieletnia. Bo jeśli faktycznie książki dziś tworzone nie są dla dzieci, a dla dorosłych, to dzieci to zweryfikują. A rodzic nie kupi kolejnej, tego samego autora. No chyba, że dla siebie.

Mamy słabość do Wilkonia, Szancera, Pokory, Butenki. Siemaszkowej czy Themerson, ale o ich uniwersalności języka obrazu decyduje coś więcej niż nasza słabość. To suma wielu ludzkich słabości rozpisana w czasie, która buduje ich wrażliwość, nie tylko estetyczną.

Całkiem możliwe, że nasz syn będzie z tkliwością zerkał na zupełnie inny zestaw ilustratorski. Jednak nie straszyłabym ilustratorów dezaprobatą dzieci. One mają otwarte głowy i wielkie serca. Pokochać potrafią niejednego stwora. Dziś pokazaliśmy Tymkowi „Brzechwa wiersze dla dzieci”1 Wytwórni i „O Wiadukcie kolejowym, który chciał zostać Mostem nad rzeką”2 Dwóch Sióstr, był zadziwiony i zachwycony. Odwaga dziecka nie zna granic, to my je wyznaczamy. Czasem chyba zupełnie niepotrzebnie.

Wystawa polskich ilustracji dla dzieci. Jest tylko dobrze, dlatego czujemy głód.


Brzechwa wiersze dla dzieci„, opracowanie graficzne – M. Buszewicz, L. Majewski, P. Młodożeniec, G. Lange – Wytwórnia 2010r

O Wiadukcie kolejowym, który chciał zostać Mostem nad rzeką„, T. Ozimowicz, opracownie graficzne – Marta Ignerska – Dwie Siostry 2014r.

Podziel się:

Brak komentarzy

Dodaj komentarz