rodzicielstwo

Pobawmy się w szpital – kompendium wiedzy

2 maja 2016

Ten tekst to kompendium naszej wiedzy o pobycie w szpitalu MSWiA na Wołoskiej z półtorarocznym synem. Nasze doświadczenia, odczucia i obserwacje. Bez emocji, rozważań. Suche fakty, które może komuś ułatwią pobyt w tym, czy też w innym szpitalu.
Byliśmy hospitalizowani trzykrotnie w ciągu trzech miesięcy. Zapalenie płuc 5 dni, Szkarlatyna 5 dni, Rotawirus 2 dni.
No, to start.

mamyomamy

Gotowi na szpital. Gotowi na wszystko

Gdzieś w głębi czuję, że raczej nie da się przygotować na pobyt w szpitalu. To znaczy należy próbować, pewne podpowiedzi można znaleźć u Wujka Google.
Dla mnie jednak cały kłopot w tym, że pobyt w szpitalu jest na ogół zaskoczeniem dla wszystkich zainteresowanych.
Pominę planowe zabiegi, które oczywiście są udziałem wielu dzieci i wtedy mamy pole do działania, rozmów, zabaw.
Wychodząc z założenia, że nikt nie planuje złamania nogi z dwutygodniowym wyprzedzeniem albo szkarlatyny konkretnie na 15 lipca 2017r. opowiem wam o nagłym, nieoczekiwanym i pierwszym oraz kolejnych pobytach w szpitalu z dzieckiem.

Z czym do szpitala?

Oczywiście jeśli nam starczy przytomności umysłu i czasu można zadzwonić do szpitala i zapytać o zasady w nim panujące. Jednak z dużym prawdopodobieństwem zakładam, że to się nie uda. Najważniejsze będzie dziecko, jego samopoczucie i bezpieczeństwo. W sytuacji stresowej mamy też trudność w przyswajaniu informacji. Może się okazać, że taki telefon nie wyczerpie tematu i niezbędnych informacji. Możemy się też zwyczajnie nie dodzwonić, bo pielęgniarki będą zajęte pacjentami.

Podpowiem Wam w tym tekście jak ten system działa w Szpitalu MSWiA na Wołoskiej, z zastrzeżeniem, że w każdym innym, może być inaczej. Może Wy wiecie jak? Napiszcie.

Jednak zanim zrobię wypis informacji dla tego miejsca, parę rzeczy uniwersalnych.

Na dobry początek mniej stresu

Do szpitala trafiacie na ogół ze skierowaniem, a to oznacza, że już zakładacie iż możecie w nim zostać. Warto więc się przygotować. Zabrać ze sobą coś do przebrania, piżamkę, pieluchy, chusteczki, ulubioną zabawkę i książeczkę, coś do zjedzenia (deserek, chrupki – oczywiście jeśli to nie rotawirus), coś do picia (najlepiej wodę), lek przeciwgorączkowy. Ważne, by zabrać książeczką dziecka i, jeśli jest, ostatni wypis ze szpitala,

Pamiętajcie, że na oddziałach dziecięcych jest ciepło, dobrze ubrać dziecko na cebulkę tak, aby potem móc manewrować w zależności od sytuacji.

Rzeczy dla siebie możecie sobie dowieźć. Choć my za drugim razem mieliśmy je już ze sobą. Z pewnością przyda się koc czy śpiwór, poduszka, dresy i buty na zmianę, ręcznik i kosmetyki, oraz ciuchy na zmianę – wygodne.
Jeśli myślicie, że to przesada. Uwierzcie lepiej się czeka mając co trzeba pod ręką. A początek pobytu w szpitalu, tak czy inaczej to czekanie.

Nasze doświadczenie to pobyt z półtorarocznym chłopcem, są oczywiste różnice pomiędzy maluchami i np. czterolatkami, których sporo widzieliśmy na oddziale.

Ścieżka zdrowia małego chorego

Tak wygląda to mniej więcej w Szpitalu MSWiA:

Budynek Oddziału Chorób Dziecięcych i Noworodkowych znajduje się na lewo od głównej bramy wjazdowej (od ul Wołoskiej). To blok U. Izba Przyjęć znajduje się na parterze, który jest oznaczony piętrem pierwszym. W windzie opisy są, ale najpierw trzeba namierzyć wejście – nie jest łatwo.
Na drugim (w windzie +1) piętrze znajduje się oddział. Ze skierowaniem i małym pacjentem udajemy się najpierw na Izbę Przyjęć. Tam pielęgniarka nas zarejestruje, albo trzeba udać się piętro wyżej (informacja taka znajduje się na drzwiach), aby ktoś do nas zszedł.

Tutaj pierwszy raz dziecko zbada lekarz, przeprowadzi wywiad z mamą o przebiegu ciąży i dopyta o pewne szczegóły dotyczące rozwoju naszego dziecka np. od kiedy siada, chodzi. Tutaj zapadnie ostateczna decyzja czy zostaniecie w szpitalu.

Badania wykonywane dziecku na tym etapie są mało inwazyjne, ale mogą być kłopotliwe. Mierzona jest temperatura, saturacja, ciśnienie, dziecko jest też ważone i mierzone. Za pierwszym razem mieliśmy kłopot ze zmierzeniem Tymkowi saturacji (trzeba trzymać nieruchomo palec). Dwa miesiące później było już łatwiej.

Z dokumentacją medyczną i karteczką od lekarza dyżurnego udajemy się na SOR. Tak na SOR, i tu musimy zarejestrować małego pacjenta. Pamiętajcie, że przysługuje wam pierwszeństwo, ale i tak to może potrwać. Nie ukrywam, że idealnym rozwiązaniem byłoby być w szpitalu we dwoje. Tak, aby jeden rodzic rejestrował dziecko, a drugi z nim został. Na Wołoskiej, aby dotrzeć na SOR z Izby Przyjęć trzeba pokonać istny labirynt drzwi, pięter i zakrętasów. Ale bez obaw – użyjcie swojego języka i podpytajcie personel jak dotrzeć – najlepiej sprzątaczek.

Z wypisem z rejestracji z SOR-u możecie zostać już umiejscowieni na oddziale. Czasem to trwa – a to ze względu na adoptowanie dla was miejsca (przesunięcia innych pacjentów w obrębie dostępnych sal), a to ze względu na ilość pacjentów na Izbie Przyjęć.

Dlatego właśnie na tym etapie warto mieć pod ręką coś do zjedzenia dla dziecka, albo do zabawy (coś nieinwazyjnego np. książeczkę).

Może się zdarzyć, że zlecone zostanie wam od razu badanie RTG. Wtedy ze skierowaniem i dzieckiem biegniecie kilometry i serpentyny korytarzy i schodów, aby dotrzeć do pracowni RTG. Nie umiem podać tej drogi, choć dałam radę ją pokonać instruowana przez męża.

Dodam, że w sytuacji stresu wszystko się może mieszać. Zasadniczo mam dobrą orientacje w przestrzeni, jednak przy pierwszym pobycie to Jacek był przewodnikiem. To kolejny z powodów dla którego lepiej być we dwoje. Można podzielić stres i uwagę.

Tutaj po zarejestrowaniu też mamy pierwszeństwo. Badanie jest nieinwazyjne, ale każde dziecko jest inne, a te ze złamaniami mogą nie być spokojne. Nasz synek dzielnie wykonał zadanie stanięcia przy ściance, a fartuch, który miał na bioderkach oprócz zabezpieczenia przed promieniowaniem świetnie go dociążał, aby stał w miejscu. Da się zrobić.

Badania USG chyba w ogóle są dla dzieci są w miarę przyjemne. Nasze wręcz posypiało. Po takim badaniu maluch na pewno będzie wybrudzony żelem. Warto mieć przy sobie chusteczki nawilżające, bo lignina szpitalna może nie podołać, a nawet bluzeczkę czy spodenki na przebranie.

Na te biegania po korytarzach weźcie bluzę czy sweterek dla malucha. O ile na oddziale jest gorąco, to korytarze wieją chłodem.

Pokój z widokiem czyli sala

Gdy już traficie na oddział do przypisanego pokoju, w wersji luksusowej będziecie sami, choć ma ona swoje minusy. Nie ma drugiego rodzica, który zerknie na wasze dziecko, gdy pójdziecie do toalety czy kuchni. Na noc w szpitalu zostaje jedno z rodziców. Generalnie nie mamy wpływu na którą salę i z kim trafimy. Trzeba uzbroić się w cierpliwość. Z naszego doświadczenia najgorzej, gdy dzieci są w zdecydowanie w różnym wieku. Np. 4 letnie dziewczynki niekoniecznie zrozumieją nad-aktywnego półtorarocznego pacjenta, który nie mówi, a krzyczy lub piszczy.

Dzieci mają też różny rytm dnia. Choć chore śpią w szpitalu zdecydowanie częściej i dłużej niż w domu.

Możecie trafić na salę z łazienką, lub bez. Możecie trafić do sali obok zabiegowego, wtedy nauczycie się płaczu innych dzieci na pamięć. Możecie też trafić na salę obok kuchni. Nasz syn cały dzień mówił do nas si si i pokazywał na ścianę, za którą lała się woda.

Sale mają system oświetlenia pt. trylion opcji – żadna idealna. My zabieramy ze sobą lampkę z IKEA na klips. Świetnie się sprawdza w wieczornym czuwaniu przy dziecku, któremu podano kroplówkę, a ta leci 6 godzin.

W sali są kontakty, albo za kaloryferami, albo w panelach albo tak, że dziecko może bez problemu wkładać w nie paluszki. Tak, miałam zaślepki do kontaktów w szpitalu. Polecam też zabrać ze sobą radio, dla siebie żeby nie zwariować. Dziecku też dobrze zrobi muzyka. Niestety nie ma już radia Bajka – wielka szkoda. Wiadomo innym rodzicom może to nie pasować, ale można zapytać.

W pokojach są albo dwie umywalki albo jedna (gdy jest łazienka). Preparaty do mycia rąk są adekwatne dla szpitalnych warunków, ale szybko kiereszują dłonie. Polecam zabrać krem do rąk. Mnie popękały za pierwszym razem do krwi.

W części noworodkowej oddziału sale są przedzielane oknami. Widać sąsiadów. Dorosłym może to przeszkadzać. Dzieci odnajdują w tym frajdę. Widząc innych ludzi i dzieci, nie czują się tak zniewolone.

Trudno utrzymać dziecko w granicach pokoju. Zwłaszcza takie, które właśnie odkrywa świat. Trzeba też kiedyś wietrzyć sale. Wychodzenie na korytarz odbywa się przy nie pisanej zasadzie, jedno dziecko na korytarzu. To dla ich bezpieczeństwa. Lekarze będą w tej materii bardziej radykalni. Nie wychodzić!

Pokój z widokiem, to taki z którego widać idącego tatę czy babcię. A czasem jak się trafi, także z widokiem na lądujący helikopter. Pokój z widokiem to luksus.

Łóżeczko

Wybierzcie lokalizację łóżeczka pamiętając jakie jest wasze dziecko. Czy woli być przy oknie czy raczej gdzieś w rogu pokoju. Popatrzcie na rozmieszczenie szafek, czy maluch nie będzie się o coś uderzał albo miał dostęp do włączników. Niestety jest to właściwe awykonalne zadanie. Na trzy pobyty zaliczyliśmy:

  • Szafkę nad głową i trzeba było przesunąć łóżko.
  • Włącznik lampki pseudo nocnej w panelu nad łóżkiem. Nic nie dało się zrobić. Był naciskany notorycznie, aż się znudził.
  • Przycisk alarmowy przywołujący pielęgniarkę, zamiast włącznika lampki we wspomnianym panelu. Przepraszałam, ale nie zawsze zdążyłam Tymka złapać nim go nacisnął. Trzeba przyznać, że panie pojawiały się piorunem.
  • Sznurki od rolety. W sumie najbardziej niebezpieczne moim zdaniem. Zawiązałam na nich supeł, aby Tymek się w nie nie zaplątał.

Tak czy siak łóżka są na kółkach, można nimi manewrować. W jakiś sposób przestawić łóżeczko w obrębie pokoju. Jednak gdy jesteśmy kolejnym pacjentem na sali może nie być już takiej możliwości. Trzeba być czujnym. Łóżeczka mają dojście do pacjenta z obu dłuższych boków. Trzeba wyrobić w sobie nawyk podnoszenia ruchomej ramy na najwyższy poziom, za każdym razem gdy oddalamy się od dziecka.

Dla starszych dzieci dedykowane są większe łóżka, na których często śpią z nimi rodzice. Nie ma ich za wiele na oddziale, więc czasem 4 latka trafi do łóżeczka malucha. Tu uwaga – młodsze dzieciaki, takie jak Tymek, potrafią manewrować wajchami od łóżek dla dzieci większych. Trzeba zachować szczególną ostrożność – w naszym przypadku metalowa poręcz łóżka niemal spadła na Tymka stopy.

Kuchnia

Każdy korytarz na oddziale ma dedykowaną dla siebie kuchnię do dyspozycji rodziców pacjentów. Zgodnie z  regulaminem produkty pakować należy w odpowiedni sposób i podpisać personaliami małego pacjenta oraz datą umieszczenia w lodówce. Jest czajnik i mikrofalówka. Stolik i dwa krzesła. Oczywiście trzeba uważać, wychodząc z kuchni z gorącymi napojami. Zawsze na korytarzu może pojawić się jakiś mały ktoś. Niestety kuchni nie ma w części Izby Przyjęć, a tam znajdują się też sale (chyba 3) na których mogą was ulokować.

Łazienka

Bywa w pokojach, ale też i na korytarzu. Nie ma co narzekać. Umyć się można. Choć te w pokojach mają kabinowe prysznice, na korytarzu tylko zasłona.

Pokój zabiegowy

Jest ich w sumie (chyba) dwa. Po jednym na piętrze.

To trudne miejsce. Tu wezwą was po umieszczeniu w sali na pierwsze pobranie krwi i założenie wenflonu. W pokoju może przebywać jeden opiekun.
Dzieci reagują osobniczo. Każde inaczej. Jedne nie chcą nawet podejść. Inne są spokojne, aż do wkłucia, albo kolejnych prób. Tymek to dzielny pacjent, ale nawet dzielny pacjent ma czasem gorszy dzień.
Ostatnim razem wenflon miał założony na nóżce. Było ciężko.

To wielka próba sił dla rodziców. Pielęgniarki mówią: niech przyjdzie silniejszy. Tylko tu siła mierzona jest inaczej. Można i trzeba wytrzymać. Taki los rodzica. My Tymkowi śpiewaliśmy.

Pobranie krwi bywa czasem utrudnione. A to nie udaje się wkłuć w żyłę, a to krew nie leci. A dziecko płacze, wyrywa się. Warto wcześniej wmuszać w dziecko dużo płynów, aby krew nie miała problemu spłynąć do próbówek.

Wenflon to nasz sprzymierzeniec. Tak chore dziecko otrzymuje leki (antybiotyki) i potrzebne kroplówki. Glukoza, elektrolity. O wenflon trzeba dbać. Sprawdzać czy rączka albo nóżka nie puchnie. Gdy jest na dłoni, maluchom można zakładać skarpetki, aby nie skubały opatrunku. Starszym dzieciom pomaga wersja z motylkiem. Opowiadanie i zgadywanie. Jednak nie łudźmy się. Czasem zapłaczą na sam widok dłoni z opatrunkiem, czasem przy podaniu antybiotyku czy podłączeniu kroplówki. I czasem będzie to sygnał, że żyła jest niedrożna. Glukoza idzie bokiem. Wtedy wzywamy pielęgniarkę.

Wenflon może zostać umieszczony w zgięciu łokcia. Wtedy zbawienne okazują się koszulki z długim rękawem, ale na tyle luźne czy elastyczne, aby łatwo było taki rękawek podwinąć w razie potrzeby.

Wenflon w stopie oznacza perturbacje przy przewijaniu podczas podawania kroplówki. Ograniczone możliwości chodzenia. W stopę wkłuwa się jeden z mniejszych wenflonów, a właściwie neflon. Oznacza to długie godziny sączenia się kroplówek. Tak było ostatnim razem z Tymkiem. W przypadków noworodków i niemowląt wkłucie bywa na głowie, ale podobno to coraz rzadsze.

Przy kroplówce zasadniczo nie jest łatwo. Przewijanie to trudność, wyjście do toalety ze starszym dzieckiem. Widziałam jak małej pacjentce cofnęła się krew do przewodu kroplówki i ta krzyczała przerażona. Sytuację uratował tata. Spokojnie tłumaczył, że za wysoko trzymała rączkę, że zaraz krew zniknie. Stała na łóżku i czekała, aż tak się stanie.

Kroplówka to czas, który dzieci muszą spędzić statycznie. Cudownie gdy śpią, gdy nie śpią trzeba zabawiać, animować i pilnować.

Pobranie moczu, kupy to w warunkach szpitalnych łatwizna, no chyba, że nie ma czego pobrać, ale tak dzieje się rzadko.

W przypadku uporczywej wydzieliny z nosa, utrudniającej oddychanie czy spanie bywa wykonywane oczyszczanie noska. Wąziutka rurka dociera daleko i szybko i skutecznie usuwa co trzeba, ale nie jest to zabieg obojętny dla śluzówki noska. Dlatego wykonywany jest, gdy faktycznie zachodzi taka potrzeba.

Nebulizacje czyli inhalacje. Trudna to sztuka. Małe dzieci są podatniejsze na takie manewry, ale roczniak może być upiornym pacjentem. Moja rada. Mimo zmęczenia. Mimo irytacji i lęku, szukać sposobu. Skakać, śpiewać, czarować. Inhalacje to kolejny moment w szpitalnym życiu, gdy przyda się druga osoba. Mama czy tata innego pacjenta. Warto poprosić o pomoc. My mieliśmy najcudowniejszego Pomagacza i dzięki temu udało się znaleźć sposób, a potem go doszlifować w warunkach domowych. Pamiętajcie, że możliwość podawania leków wziewnie może się jeszcze kiedyś (niestety) przydać. Lepiej więc nie zrazić dziecka do tego sposobu.

Zabawa

W przypadku dzieci chorych, chorych zakaźnie nie ma mowy o wspólnej zabawie. Czasem się uda zgrać tę samą jednostkę chorobową na sali, ale często nie.

W moim odczuciu przydadzą się zabawki, którymi dziecko z chęcią zajmie się samo. Książeczki, klocki plastykowe, puzzle. Dobrze myśleć w kategoriach późniejszego ich dezynfekowania czy mycia. W przypadku książek można użyć sody oczyszczonej. Umyć okładki. Wywietrzyć. Dobrze sprawdzą się zabawki plastykowe i materiałowe. Jedne można wymyć, drugie wyprać. Dobrze jest też zabierać zabawki ze szpitala i przynosić nowe. Dobrze mieć blok i kredki. Nawet taki szkrab jak Tymek świetnie się bawił bazgroląc.

Po tych propozycjach przychodzi czas na zabawki szpitalne. Przy czym nie mam na myśli tych wystawionych na korytarzu. Nie ryzykowałam, choć i tak nie uchroniło nas to od powrotu do szpitala. Chodzi mi o zabawę szpitalem, zabawę w szpital. To co teraz napiszę zapewne nigdy nie zostałoby pochwalone przez personel medyczny, ale cóż takie są realia bycia z dzieckiem w szpitalu.

Ciekawość zwycięża, radość życia wygrywa z chorobą, przynajmniej Tymek tak miał. Po paru dniach chciał zwiedzać świat. W obrębie pokoi mamy do dyspozycji.

  • Głupie miny i chowanie się, przy wydatnym udziale innych rodziców z pokoju lub sąsiadujących, o ile trafi się taki z szybą.
  • Zabawy stojakiem do kroplówki. Są one urządzeniem jezdnym, w sensie mają kółka i podstawę jak pająki. Gdyby Tymek wcześniej nie chodził, nauczyłby się przy stojaku. A tak szlifował nabytą umiejętność.
  • Taborety na kółkach. Można usiąść z dzieckiem, trzymając je na kolanach i trochę poszusować.
  • Włączniki wszelkie. Niestety jest ich sporo. Szacun dla rodzica, któremu udało się wyperswadować zabawę nimi.
  • Światło i rolety. Cienie czasem mogą wystraszyć niektóre dzieci, ale warto sprawdzić czy aby nie będzie to ciekawa podróż w świat wyobraźni.
  • Słońce działa jako sprzymierzeniec z oswajaniem cieni. Jeśli trafi się słoneczny dzień, warto pokazać dziecku jak to z tymi cieniami jest.
  • Szafki, czyli drzwiczki i szuflady. Są metalowe. Strach się bać.
  • Okno – jak wcześniej wspomniałam, pomaga pokój z widokiem. Tak naprawdę w widokiem na cokolwiek, o czym będziecie pleść i opowiadać.
  • Drzwi wejściowe do pokoju. Oczywisty obiekt westchnień. Patrząc przez szybkę mamy kolejne okno na świat, ten szpitalny. Pielęgniarki, lekarzy, innych pacjentów, panie rozwożące posiłki, panie sprzątające czy montera (jak się ma szczęście).
  • Korytarz. Jakkolwiek zakazany, czasem się przytrafia. Tu nieocenione są kwadraty przy podłodze, stanowiące dolne (nocne) oświetlenie. Pamiętajcie o umyciu rąk małemu ciekawskiemu po spacerach na korytarzu.
  • Są też kwadraty podłogowe. To wzór powtarzający się na korytarzach i w salach, ale w różnej kolorystyce. Prawie jak zabawa w klasy.
  • Wszelkie urządzenia. Mikrofalówka, lodówa i waga. Będą kusić. Tu trzeba umiaru.

Wypisać się z chorowania

Osobiście nie mamy w tej materii złych doświadczeń. Zresztą jasne komunikowanie potencjalnego momentu wypisu, jest następstwem jasnego prowadzenia pacjenta. Macie wątpliwości pytajcie, to wasze prawo. Wiedzieć.

Wypisy w szpitalu MSWiA odbywają się na ogół popołudniami. Po obchodzie porannym (9.00-11.00) i przygotowaniu dokumentów. Gdy pełno pacjentów mogą was nawet poganiać panie sprzątające. Gdy względny luz, robicie to w swoim tempie. O wypisie może też zadecydować lekarz dyżurny (wieczorem), możecie się wypisać (w sensie dziecko) na waszą prośbę, ale nie znam tej ścieżki.

Kilka informacji uzupełniających

Lekarz, który przyjmie was na Izbie Przyjęć, to lekarz dyżurny. Lekarza prowadzącego poznacie następnego dnia lub w poniedziałek jeśli traficie do szpitala w sobotę.

Czekanie na wyniki badań jest męczące, można zawsze podpytać pielęgniarki czy lekarza dyżurnego czy już są. O wynikach powiadomi was lekarz.

Lekarz dyżurny na nocnej zmianie, ma przekichane. Jest jeden na cały oddział i Izbę Przyjęć. Jest jak Latający Holender. Nie złośćcie się na niego.

Na poziomie -2 jest szatnia. Tu można zostawić kurtki czy wózek. Klucze do niej są dwa. Zawsze jakiś jest w koszyku na blacie recepcji oddziału.

Szpital ma swój rytm. Harmonogram. Wyznaczone godziny podawania antybiotyków, posiłków, obchodów. Ten rytm wypełnia czas i nie znam uczucia dłużyzny. Zawsze jest coś do zrobienia. Jak dziecko śpi o 11.00 to ty już wtedy jesz obiad, bo później może się nie udać.

Pacjenci powyżej roku mają zapewnione posiłki szpitalne. I o ile dzieci często ich nie jedzą, to jest to jakaś opcja dla rodzica. Bo mleko czy kaszkę dla malucha macie. Dla straszaków obiadki tradycyjnie dostarczają babcie. O ile istnieje taka możliwość. U nas było tak i tak.

W szpitalu jest “centrum handlowe”, trzeba kierować się na SOR. W okolicach szatni jest wszystko: sklepy, kawa i kaplica. Co komu potrzebne.

Tajny przycisk. Przycisk alarmowy, jest oznaczony ilustrowaną czerwoną pielęgniarką, albo w inny czytelny sposób. Są rozmieszczone w pokojach przy wejściu i czasem przy łóżkach, w panelach oraz w łazienkach.

Te w salach na Izbie Przyjęć nie działają na górze. Na recepcji Izby jest telefon i kartka z numerem pod który trzeba dzwonić w razie potrzeby. Wtedy ktoś do was zejdzie.

Akurat w tym szpitalu rodzice dostają leżanki do spania. Są to dziwne obiekty, jakby dla wojska. Tylko kompletnie niedopracowane. Ktoś mógłby sobie zadać trud i zaprojektować taki mebel szpitalny. Fotel z opcją łózka. Tylko niech on nie skrzypi przy każdym siadaniu, niech z niego jakieś bolce metalowe nie wystają i niech będzie ciut szerszy. Niech będzie lepszy. Choć w sumie nie narzekam. Daliśmy radę. Zasypiałam jak dziecko i nawet wydawało mi się parę razy, że się wyspałam.

Epilog

Szpital dla dziecka to trauma, tak przyjęło się uważać i słusznie. Jednak żeby oswoić to miejsce dziecku, sami musimy się w nim odnaleźć. Jeśli potrafimy odtworzyć w nim nasz dom. Ciepło, radość i spokój, jest szansa, że będzie nam i jemu lżej. A w przypadku takich agentów jak Tymek, okaże się, że to dla niego także rodzaj frajdy. Złapcie się tej dziecięcej radości, umiejętności zapominania złego, gdy dziecko jest jeszcze małe. Pobawcie się w szpital, będąc w szpitalu. To jeszcze ten czas, bo już czterolatek ma poczucie krzywdy i sytuacja nabiera innego wymiaru. Wasza pewność i spokój może tylko pomóc. Dlatego napisałam Wam ten wielce długaśny tekst, o tym jak to jest w szpitalu na Wołoskiej. Oby ta wiedza nigdy się wam nie przydała.

Podziel się:

Zobacz również

Brak komentarzy

Dodaj komentarz