rodzicielstwo

Strach się bać

4 sierpnia 2016

Ostatnio Gosza mnie zapytała co jest najbardziej uciążliwe w rodzicielstwie, takie coś co je jednocześnie określa. Co ciekawe nie musiałam się wcale długo zastanawiać. I powiedziałam jakoś tak:

– Znasz to uczucie gdy jedziesz w autobusie, masz bilet, nawet miesięczny i nagle wchodzi kanar. Słyszysz bileciki do kontroli! I mimowolnie podskakujesz. Przez ułamek sekundy przeszywa cię taki mały zimny dreszcz. I znika.

mamyomamy

No, to to jest to “coś” czego nie lubię w rodzicielstwie i jednocześnie to jest dla mnie jego istota. Permanentny lęk. Lekki strach codzienny czasem multiplikowany strachami dodatkowymi. Chorobą, wyjazdem, złym nastrojem, niespaniem itd. itp.

Jakbyś wszystkie ubrania miała podszyte strachem.
A potem sama myślę sobie o tym wszystkim dalej. I tak sobie myślę, że ten strach czyni mój niepodległy byt związanym. Uwiązanym. Sformułowanie “więzy rodzinne” nabiera dla mnie teraz pełnego, dopowiedzianego znaczenia. Kiedyś mieściło w sobie poczucie jedności, współobecność z bliskimi. Dziś, oznacza słodką udrękę kochania dziecka. Bezwzględny imperatyw dla niespania lub spania z braku sił na inne rzeczy.

Spanie. Osobny temat. Albo go za mało, albo zwala z nóg, gdy właśnie mogłabym usiąść i coś zrobić. I właściwie nie na brak snu, w skrytości sobie narzekam, a na sen któremu nie umiem się oprzeć. I opadam na poduszkę na sofie i odpływam. Zaraz wstanę, za 10 min, to tylko na chwileczkę. I potem budzę się o dziwnej porze, co to już nie bardzo da się sprzątać, ani prać. A czytać jakoś głupio, bo za trzy godziny trzeba będzie wstawać. I mija dzień. Kolejny. Rodzicielsko mija.

I albo się boisz, albo śpisz. A czasem dzieje się to jednocześnie.

Śni ci się coś takiego, że ci mózg wykręca, a serce staje. I się budzisz. I cieszysz się, że to był sen. Tylko sen. Tylko, za moment znowu ten strach podbity wyobraźni szaleństwem dopada cię. A w łazience w myślach śpiewasz aktualny przebój z listy top 10, twojego dziecka. Ja dziś to: “lećmy tam, tam, tam, tam gdzie jest przygoda”.

Strach się bać.

Strach. Sen. Co jeszcze? Czas.

Kiosków atak kolorowej prasy, której nie czytam od zawsze. Atak aktorek – matek, których życie zmieniło dziecko. “Dziecko mnie zmieniło”, “Moje życie zmieniło macierzyństwo”. No jasne, że się zmieniło to i owo. Tylko czy faktycznie ja się zmieniłam? Czy rzeczywiście to zasługa czy wina mojego synka?

Jadę w autobusie i nie znajduję potwierdzenia dla tezy o wielkiej zmianie w sobie. Jestem sobą. Ja nawet chciałam się zmienić. Np. nie spóźniać się. Niestety. Nie wyszło. Robię pewne postępy, ale to raczej zasługa starania się. Mozolnego. Nieudolnego. Nieuprawnionego starania się nie bycia sobą. Trudno jest. Nie da się powiedzieć, że jestem inna.

Dokładnie taka sama jak byłam. Nadal potrafię ogarnąć wiele rzeczy spraw w krótkim czasie. I nadal nie ogarniam, że właśnie trzeba wyjść z domu. Nadal patrząc w lustro nie dociera do mnie ile to już lat się ze sobą znam. I nadal szkoda mi czasu na złe wiadomości. Czas upływa. I nadal do jednych rzeczy, czy osób mi się spieszy, a do innych wcale nie. I mimo absorbującego na wiele sposobów rodzicielstwa mam czas, aby zatrzymać się w danej chwili i aby być sobą. Wytrwać w tej jednej minucie bez właściciela i właściwości i zobaczyć innych ludzi i ich życie i sprawy, zobaczyć inny świat i cieszyć się nim jakby to był pierwszy raz. Jakby to nie była kolejna z rozmów z Adeze tylko ta pierwsza, albo nawet najważniejsza.

Czas zmienia. Kolor moich włosów, ilość rzeczy w torebce, energię naszych kotów, a na pewno Lutki i mnie w mamę. I chciałbym go mieć trochę więcej. Całkiem dużo.  

Podziel się:

Zobacz również

Brak komentarzy

Dodaj komentarz