zwierzaki

Ostatni rozdział Lusi. Historia bardzo enigmatycznej koteczki

25 września 2016

To jest trudny dzień. Chłopaki śpią. W mieszkaniu jesienna cisza. Słońce wdziera się do środka, a ja próbuję przytulić Lusię. Lusia to kot. Szary jak z reklamy Whiskasa. Rasa europejska. Lutka jest bardzo europejska. Nigdy nie miała kompleksów, zawsze wiedziała czego chce. Pierwszy raz to nie ona podejmie decyzję za siebie. Pierwszy raz o jej kocim życiu zadecyduję ja. Ja człowiek, którego wybrała sobie na opiekuna. Trudno mi pisać te słowa, ale obiecałam sobie, że to zrobię. Przyjaciółce obiecałam.

mamyomamy

Whisky dobra na wszystko.

Kiedy ją poznałam była niezależną, niezrzeszoną kotką po przejściach, z ogromnym dystansem do ludzi. Zamiast kocich frykasów wolała Whiskasa lub surowe mięsko. Przycupnęła na Mokotowie i sporadycznie odwiedzała kamienice, w której niebawem miałam zamieszkać. Nie chciała żadnego człowieka na stałe, ale z wdziękiem wykorzystywała każda okazję na dobry posiłek i pieszczoty.

Wprowadziliśmy się z Pawłem na wiosnę, razem z dwoma kotami. Lusia od razu zakochała się w moim czarnym kocurze Don Pedro. Związek był, powiedzmy, otwarty, ale słabość mieli do siebie oboje.

Pedro zginął w połowie sierpnia pod kołami auta. Wyjątkowo przyzwoity ludź przeniósł go z ulicy w trawę. Wysoką trawę. Znalazłam go następnego dnia rano. W nocy okno było uchylone i gdy rano się obudziłam, ona leżała przy mnie. Dokładnie tam gdzie zwykł kłaść się Pedro. To ona pokazała mi gdzie leży.

Gdy kilka dni później pojawił się w domu miesięczny Cinek, Lusia podjęła pierwszą ważna decyzję. Pomogę im.

Któregoś dnia po prostu znalazłam ją w koszyku z Cinkiem i tak już zostało. Kilka osób z kamienicy starało się zaopiekować Lutką. Przyznam, że my się nie staraliśmy. Sama przyszła. Sama została.

W tamtym czasie specjalizowała się w macierzyństwie rocznego Cinka. Uczyła zasad egzystowania w ogrodzie. Nauka zaczynała się od chodzenia po drabinie. Każdy dzień przybliżał Cinka do dotarcia do trawnika. Gdy Lucyna uznała, że jest za daleko szczypała go w tyłeczek, a ten jak z procy wystrzelony wpadał jednym susem do domu.

Mimo sterylizacji uznała, ze może karmić. I to o niej weterynarz powiedział:
–  Enigmatyczna ta koteczka.        

Mimo kłopotów padaczkowych, szalała w okolicy. Była królową podwórka. Miała romans z Drabem. Tak nazywałam czarnego, sfilcowanego kota z dziurą w głowie. Wyglądał jak połączenie rotweilera z bokserem. Romans zakończył się seksem bez konsekwencji pod huśtawką w okowach zimy i śniegu. A Lusia po chwilowym szaleństwie wróciła na łono rodziny, którą sobie sama stworzyła. Ona, Cinek i Stośka.

Mijały lata. Lucyna specjalizowała się w łowieniu myszy i szczurów. Znosiła do domu metodycznie, po kolei, każdego z członków szczurzej familii. Potrafiła warować cały dzień przy garażach, aby zdybać kolejnego gryzonia wymykającego się z piwnicy. Zarażeni jej ambicją oraz skutecznością, Cinek i Stośka odnaleźli swoje powołania. Cinek, niestety, w łapaniu ślicznego, małego i gapowatego ptactwa. Stośka,w znoszeniu do domu ważek, dżdżownic i poczwarek motyli. Lutka tylko w chwilach wielkiej nudy przerzucała się z gryzoni na pająki ogrodowe. Łapała. Przynosiła do domu i czekała, aż zabawka się ruszy. Ubaw po kocie pachy normalnie.

Spędzała przy bramie sporo czasu. Miała swoich znajomych. Czasem wracając z pracy z daleka widziałam mały tłum. Jakaś para, jakaś mama z dzieckiem. Podchodziłam nie ujawniając związków żadnych z Lusią.  

Podsłuchiwałam:
–  Proszę jej nie głaskać, ona woli klepanie.

Raz jeden nam zginęła. Deszcz. Ciemna noc. A ja dzwonię do kogoś, kto dzwonił do mnie popołudniu, bo znalazł Lusię. W telefonie miałam kilka numerów zapisanych jako: Przyjaciele Lusi 2.

Rozmawiam:
– Wtedy była na posesji – ale może coś zapamiętali. Coś.
– Nie. Niestety.

Za godzinę dzwonią i mówią, że poszli jej szukać. I znaleźli. Przynieśli mi taką zmokniętą kurę. Nawet pachniała wtedy jak kura. A minę miała taką: pretensja z obrazą majestatu do potęgi entej.  Tak, bywała roszczeniowa. Tak, była też towarzyska. W tamtym czasie spokojnie mogłaby kandydować na radną z Mokotowa. Wygrałaby.

Tak, była okrutna jak kot. Wielkie, tylne łapy ułatwiały, w sumie niezgrabnie chodzącej Lusi, wykonać skok, który w pół sekundy przybliżał ją do ofiary na długość wąsów Stośki.

Reszty dopełniała sprytem i doświadczeniem. Polowała jak Wilki tylko sama była całą watahą. Ciepłe letnie noce przesypiała pod oknem przy krzaku dzikiej róży. Potem nagle zaparkowała przy misce z wodą w kuchni i było już wiadomo, że ma cukrzycę. Tabletki. Dieta. W końcu insulina. Nie pamiętam dokładnie, ale Lutka przeżyła z cukrzycą chyba z 8 lat.

Było różnie. Bywało ciężko. Tak jak wtedy, gdy na Konopnickiej walczyłyśmy z raną po ataku pcheł. Gdy przyszło się przeprowadzać, o nią martwiłam się najbardziej. Jak ten dzikus zaakceptuje taras zamiast ogrodu. Balkon zamiast tarasu. Zaakceptowała. To dzięki niej na nowym miejscu w jeden wieczór przestałam być anonimowa. Uciekła mi sprytnie do dwóch sąsiadów, prawie jednocześnie. Postawiła na nogi połowę kamienicy, a ja drugą. Gdy odbierałam ją od sąsiada z dołu usłyszałam:
– Słuszna ta koteczka!

Ludzie mówią, że płaczą w poduszkę. Ja płakałam w Lusię.  Mogłam zasypiać z głowa na jej zacnym tyłeczku. A gdy było bardzo źle, podchodziła blisko twarzy. Trykała mnie nosem i patrzyła. Patrzyła i patrzała. Liznęła raz po włosach lub nosie i patrzyła dalej. A ja w tym jej patrzeniu czytałam:
– Rusz się. Nie ma co płakać. Wstań daj mi jeść. Zobaczysz, to ci pomoże. Pomagało.

Polubiła Jacka od pierwszej herbaty. To Jac odkrył, że drapanie Lutki po kręgosłupie, to tajny guzik uruchamiający funkcje lizania się przez nią. Potrafiła oswoić nieoswajalnych i rozbawić nierozbawialnych.

Kolejna przeprowadzka mocno nadwątliła jej zdrowie. Jednak, gdy odkryła, że jestem w ciąży stała się znowu dla mnie Ciotką Klotką. Wyjątkowo spokojnie przyjęła Tymka pod naszym dachem. Polubili się. Ona lubiła jego zapach i hałas laktatora. On jej stoicki spokój i akceptację jego formy pieszczot. On uwielbiał ciągnąć ją za uszy, tak samo jak ona lubiła być za nie ciągana.

Potem, niby nagle, niby nie. Przyszła starość. Szalona Mokotowianka zaczęła serenady do Księżyca. A to był dopiero początek długiego końca. Nie napiszę jak to Lusi ubywało. Jak nasze życie codzienne stało się zakładnikiem jej stanów i naszego zmęczenia. Nie pomogło chorowanie Tymka. Pobyty w szpitalu. Wszystko było nie tak.

Dziś śpi tylko w jednym miejscu. Wstaje na siku, które o ile jej nie przeniesiemy do kuwety robi zaraz po zejściu z sofy. Pije i je z trudem. Patrzy na mnie i wiem, że coś mi próbuje powiedzieć, ale ja mam zmącony umysł. Nie spałam od dwóch dni. Myślałam. Kolejne badania wyszły zadziwiająco dobrze. Nim podjęliśmy jakieś działania sami zachorowaliśmy. Parę dni temu. Pewnie po 10 myciu podłogi tego dnia i 59 mówieniu do Tymka żeby tu nie wchodził, zaczęliśmy 27 rozmowę o tym co dalej z Lusią.

Rozmowa z weterynarzem. Decyzja, której nie chce się podjąć. Zadecydowaliśmy, że ona dziś umrze. Więc od dwóch dni się z nią żegnam. Przynajmniej próbuję. Nie chce moich czułości. Schodzi z kolan, odwraca się, paca mnie łapą 3 razy, coś miauczy. Brzmi to jakbym mówiła:
– Stara, daj spokój. Nie mam już siły.

Bo nie ma. Głównie śpi. Więc zaśnie mocniej. Nie będzie się już złościć, że ma brudne łapki. Odpocznie. Tylko ja będę płakać i tęsknić, ale przecież nie za długo i nie za bardzo, bo życie tak mnie wciągnie w swój wir, że w końcu zapomnę.

To jest ostatni dzień Lusi. Mojej kociej przyjaciółki, która niczego się nigdy nie bała. Gdyby nie przewlekła choroba Lusi, zrobiłybyśmy kurs felinoterapii. Lutka byłaby w tym świetna.

Ostatni rozdział

Przyszła pani weterynarz. Zostałyśmy same z kotami. Jacek zabrał Tymka na spacer. Wcześniej wykopał grób. Nie było łatwo. A teraz nie mógł być z nami, bo któreś z nas musiało zająć się Tymkiem. Tymek zrobił pa pa Lusi. Trzeba będzie jeszcze mu to wytłumaczyć. A ja w końcu usłyszałam to dające ulgę zdanie:
– Widać, że ona cierpi.

Powiedziałam Lutce
– Dziękuję – i że jest fantastyczna. I, że ją kochamy.

Potem jeden zastrzyk i… jedno podejście i drugie podejście do znalezienia żyły. Nie udało się. Łapki Lutki po ogoleniu przypominały mi rączki porcelanowych figurek mojej mamy. Miśnieńska porcelana.

Pani weterynarz pyta mnie czy wiem co w takiej sytuacji się dalej robi. Mówię, że nie wiem. Zastrzyk prosto w serce. Jak w Pulp Fiction. Nie muszę na to patrzeć. Patrzę. Jesteśmy w tym z Lutką do końca razem. Nie ma taryfy ulgowej. Nie jest łatwo zabić kota.

W tym kocim istnieniu, jak we włochatej kapsule czasu spotykają się moje życia. Moje dawne życie i obecne. Moje szczęścia i smutki. Gdy to piszę czas jakby stanął w miejscu. Dla zwykłego kota, albo dla mnie, żebym mogła się z nim pożegnać. Żebym miała czas go opłakiwać. Uszanować jego kocią obecność w moim życiu pisząc te słowa.

To tylko kot, powiecie. To, aż kot. Odpowiem. Nie mój kot. Ja nie mam kota. Kot ma mnie. Miał. I może dlatego to takie trudne pozwolić mu odejść. Zdecydować o tym kiedy odejdzie. I może dlatego takie to trudne pozwolić mu cierpieć. Nie dać odejść. My Lusia, ty nasz mądry kocie dajemy Ci dziś odejść. Jest 25 września 2016 r godzina 17:38. Żyłaś 16, 17, może 18 lat. Podobno złapałaś dobrych ludzi za ogon i nie puszczałaś. I nie tylko my cię dziś pożegnaliśmy. Na chwilę zakrzywiła się czasoprzestrzeń i dla jednego kota, nad jego grobem, przeszłość stanęła obok teraźniejszości z przyszłością w wózku.

Płaczę, bo nie mam już Lusi podusi.

Lusia pozdrów wiesz Kogo.

Twoja ja.

Podziel się:

1 Komentarz

  • Reply A. 26 września 2016 at 22:39

    Bardzo rozumiem. Zamknij oczy, daj im odpocząć… Bardzo blisko jestem teraz…

  • Dodaj komentarz